piątek, 30 grudnia 2016

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (Rogue One: A Star Wars Story, 2016)

Reżyseria: Gareth Edwards
Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy
Produkcja: USA
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Czas trwania: 133 minuty

Obsada:
Felicity Jones: Jyn Erso
Diego Luna: Cassian Andor
Mads Mikkelsen: Galen Erso



"Gwiezdne wojny" od lat zbierają wokół siebie grona fanów, potężne niczym siły Imperium i równie oddane przedstawianym bohaterom, jak wierni pozostają Rebelianci swojej sprawie. I chociaż do nowo powstających części sagi nie podchodzę aż tak emocjonalnie, to z chęcią śledzę poczynania bohaterów w nowych odsłonach. To już kwestia przyzwyczajenia, że grudzień jest miesiącem, kiedy mają miejsce doniosłe premiery, wyczekiwane przez tłumy fanów. Tak było z kolejnymi częściami "Hobbita", tak było rok temu z "Przebudzeniem Mocy", tak jest również i w tym roku.


Akcja filmu umieszczona jest pomiędzy III a IV epizodem sagi. Jyn Erso jako mała dziewczynka cudem uratowała swoje życie i zdołała uciec przed pewną śmiercią. Z tego też czasu Jyn posiada ostatnie wspomnienie swojej rodziny – matki oraz ojca, który obecnie jest ważnym konstruktorem po stronie Imperium. O tym ostatnim dorosła już kobieta dowiaduje się od Rebeliantów, którzy mają wobec niej określone plany. Jyn balansuje między tęsknotą do ojca, chęcią zgłębienia na jego temat prawdy a sprawą pokonania wrogiego Imperium. Dla kobiety, której konflikt odebrał wszystko, co najcenniejsze w życiu, decyzja może okazać się wyjątkowo trudna.


"Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie" nie stanowi osobnego epizodu. Tak zwany spin-off skupia się na wątkach pobocznych, które mają wprowadzić widza w kolejną, IV część. Chociaż sens tworzenia tej produkcji był kwestionowany przez wielu, trudno po seansie znaleźć nawet jeden element, potwierdzający te przypuszczenia. Gareth Edwards w swoim zamyśle wykreował zupełnie nową jakość Gwiezdnych wojen. Jego najnowszy film został rozsądnie zrealizowany, a na ekranie widać efekt tej pracy. Obrazowi daleko do bezmyślnego kina fantasy, które bez realizacji konkretnego celu ukazuje popisy efektów specjalnych i technologicznych nowinek. "Łotr 1" wykorzystuje wszystkie elementy składające się na klasyczne Star Wars w odpowiednich proporcjach, a razem tworzą one przemyślaną całość. I to podejście może prawdziwie zachwycić.

Gareth Edwards w swoim filmie przeznacza do głównych ról aktorów, którzy swoją charyzmą i poprawnością dobrze wpasowują się w jego koncept. Znana mi dobrze z "Teorii wszystkiego" Felicity Jones skupia na sobie ogromny ciężar produkcji, a swoje zadanie wykonuje jak najbardziej trafnie. To właśnie jej postać poznajemy najlepiej, więc siłą rzeczy pozostali bohaterowie zmuszeni są pozostać w tle. A tło nie jest w żadnym wypadku szare i jednolite, bo zza pleców Jyn wychyla się przykładowo niewidomy mnich i robot K-2SO. Ten drugi w porównaniu z "Przebudzeniem Mocy", oprócz humoru, ma też coś więcej do zaoferowania. Reżyser, w panujący intensywnie wojenny chaos, wprowadza fragmenty, które nieco rozładowują napięcie, nie nużą i stale pozwalają dobrze się bawić.


"Łotr 1" to przede wszystkim prosta historia, która nie wymaga wcale zbytniego skomplikowania. Przez swoje podejście reżyser wprowadza trochę nawiązań do epizodów powstałych chronologicznie najwcześniej, a akcja jego filmu wydaje się bardziej rzeczywista. Najbardziej spodobało mi się przedstawienie głębi ukazywanych zdarzeń i postaci, jak na przykład wątek faktycznej wiary w Moc. To już nie tylko puste frazesy i miecz świetlny, ale autentyczna ufność w zwycięstwo. W moich oczach właśnie na tym zyskuje ta produkcja, która nie opiera się na efekciarskich zagraniach, ale na sile własnej historii. Na brak doznań wojennych nikt nie może przecież narzekać, a wszystko dzieje się jednak z określonym sensem i jest ściśle ujęte w zamysł filmu.

Te wszystkie aspekty składają się na interesujący seans, który daje nową nadzieję na jakość Star Warsów. Obraz nie przytłacza, a to wydaje mi się w porównaniu z poprzednią częścią jednak ogromną zaletą. Film do ostatnich minut silnie angażuje emocje widza, co sprawia, że "Łotr 1" zostaje w pamięci i zachęca po odświeżenie sobie IV epizodu. Z sympatią czekam na więcej.

Moja ocena: 8/10

3 komentarze:

  1. Jakby mi ktoś powiedział rok temu, że spin-off "Gwiezdnych wojen" będzie lepszy niż epizod oryginalnej Sagi, to z miejsca bym go wyśmiał. A tu proszę! Oby więcej takich przyjemnie mrocznych i autentycznie wojennych "Star Wars'ów" powstawało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem zaskoczona! I tak szczerze mówiąc, przez "Przebudzenie Mocy", podeszłam do tego seansu z większym dystansem. A tu proszę, miła niespodzianka. :)

      Usuń
  2. Dla mnie producenci Łotra 1 pokazali zupełnie inną stronę Gwiezdnych Wojen. I o ile ,,Przebudzeniu Mocy" możnaby coś zarzucić to uważam, że przy Rogue One wykonano kawał niezwykłej roboty. Chociaż Jyn Erso była główną bohaterką to tak naprawdę stanowiła ona jedynie filar całej grupy Łotra 1. Inni bohaterowie nie byli dla niej tłem. Każda z postaci jest niesamowita. Czy Ty również przed oczyma masz widok jak Chirrut idzie na pewną śmierć pośród pocisków powtarzając swoją modlitwę? Każda ze śmierci członków grupy Rebeliantów jest tak poruszająca, że po odejściu Jyn i Cassiana nie mogłam się pozbierać. A ostatnia scena z Leią - cudowna. :)

    OdpowiedzUsuń