środa, 15 października 2014

Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna (2003)

Reżyseria: Ki-duk Kim
Scenariusz: Ki-duk Kim
Produkcja: Niemcy, Korea Południowa
Gatunek: Dramat
Czas trwania: 103 minuty

Obsada:
Ki-duk Kim: Dorosły mnich
Yeong-su Oh: Stary mnich
Yeo-jin Ha: Dziewczyna



Gdy produkcja Ki-duk Kima - za której dystrybucję odpowiedzialny był koncern Sony - zdobywał serca widzów z różnych kontynentów, a także zgarniał nagrody na festiwalach filmowych, ja sama byłam małą dziewczynką. Nieświadomą potęgi kina. Od premiery tego dzieła minęło już ponad 11 lat, a ja pewnego wieczoru zdecydowałam się na jego seans. Wrażenia, jakie pozostawia po sobie „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” metaforycznie można przyrównać do tornada, choć nie odpowiadałoby to z pewnością spokojnemu nastrojowi filmu. Co takiego ma więc w sobie obraz koreańskiego reżysera?


W odległym miejscu, na tafli schowanego za drzewami jeziora znajduje się dom oraz świątynia mnicha. Starzec wychowuje małego chłopca, którego od dzieciństwa uczy odpowiednich zachowań. Kiedy chłopiec dorasta, do starego mnicha przybywa matka z córką. Dziewczyna potrzebuje duchowego uleczenia, a jej matka ma nadzieję, że pobyt w świątyni pozwoli jej odnaleźć spokój. Jednak uzdrawianie przebiega niezgodnie z założeniami mnicha - młody wychowanek starca zakochuje się bowiem w ślicznej dziewczynie. Co się stanie, gdy odwiedziny dziewczyny dobiegną końca?


Niezwykła koncepcja Ki-duk Kima - równocześnie odtwórcy głównej roli, scenarzysty oraz montażysty filmu – sprawia, że film należy do oryginalnych. Pierwsze minuty seansu wprowadzają widza w uśpienie. Piękne i spokojne widoki są delikatnym wdrażaniem w to, co będzie się działo w dalszych fragmentach dzieła. Mały chłopiec, dorastający na oddalonej od jakiejkolwiek cywilizacji drewnianej wysepce, za jedynego swojego towarzysza ma mądrego mnicha. Starzec wprowadza go w buddyzm, jednocześnie starając się wykorzystywać owe zasady w praktyce. Dziecko w swojej naturze ma zabawę, próbowanie nowych rzeczy i doświadczanie wszystkiego samemu, ale kiedy rozrywki chłopca krzywdzą świat przyrody, starzec uczy go właściwego podejścia. Zasada doświadczenia tego, co wyrządziło się drugiej istocie robi wrażenie. Odcięty od technologii i kontaktów z ludźmi oraz zamknięty w sobie chłopak nagle spotyka ładną dziewczynę. Nie rozumie on swojego zachowania kierowanego instynktem i tak jak w „Błękitnej lagunie” wszystko dzieje się naturalnie.

Dom mnicha jest symbolem miejsca, gdzie można odnaleźć siebie, a także wykorzenić swoje złe nawyki i emocje. Reżyser ukazuje świat jako obszar zepsucia. Wszelkie technologie, zazdrość oraz inne niemoralne zachowania ludzkie prowadzą do zmiany myślenia i osobowości. Tę prawdę Ki-duk Kim przedstawia dosyć wyraźnie i jednoznacznie. Jednocześnie obserwujemy jak wygląda życie buddyjskiego mnicha i z czego musi on dobrowolnie zrezygnować, aby dążyć do osiągnięcia nirwany. Buddyzm kojarzy się zazwyczaj z wewnętrznym oczyszczeniem i choć film nie zgłębia tajników tej religii, da się zauważyć jej odmienność.


Chociaż „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” nie należy do filmów akcji, przekazuje dosyć dużo treści. Przede wszystkim obnaża prawdę o ludzkiej naturze, podając przy tym dosyć dobitny dowód, jakim jest przemiana głównego bohatera. Dzieło dostarcza pewnych obrazów, które trzeba umieć przyswoić. Nastrój filmu sprawia, że jedyną formą odbioru obrazu jest jego kontemplacja. Ogrom refleksji, jakich dostarcza film koreańskiego reżysera, to jeden z efektów seansu. Produkcja niesamowicie wpływa na widza, nie szczędząc również brutalniejszych scen. Reżyser niezwykle trafnie ukazuje przemijanie, bieg czasu i kruchość ludzkiego życia. Wiele scen nadal siedzi w mojej głowie i wciąż skłania do rozmyślań. Jak wskazuje sam tytuł filmu – w końcu i tak nadejdzie wiosna.

Moja ocena: 9/10

1 komentarz: