wtorek, 18 lutego 2014

Ona (Her, 2013)

Reżyseria: Spike Jonze
Scenariusz: Spike Jonze
Produkcja: USA
Gatunek: Dramat, Komedia, Romans
Czas trwania: 120 minut

Obsada: 
Joaquin Phoenix: Theodore Twombly
Amy Adams: Amy
Rooney Mara: Catherine
Scarlett Johansson: Samantha (głos)



Film „Ona” miał premierę światową w październiku, w czasie idealnie stworzonym dla tego rodzaju przemyśleń. Jesień, spadające liście, chłodniejszy wiatr – to wszystko może pobudzać nas do refleksji. Co innego, gdy premiera wypada w walentynki. W dzień dla zakochanych (ściślej ujmując dla ludzi kochających), aby dobrze się wczuć ja przynajmniej polecałabym porządne romansidło, ewentualnie komedię romantyczną. I wydaje mi się, że taka też jest tendencja. Natomiast polscy dystrybutorzy zaserwowali nam smutny film o samotności. Nie brzmi zachęcająco, aczkolwiek pod tymi słowami kryje się coś więcej. Czyżby inny wymiar miłości?


Theodore zajmuje się pisaniem listów, które następnie sprzedaje. Po szczęśliwym, ale ostatecznie nieudanym małżeństwie decyduje się wraz z żoną na rozwód. Jest samotny, a w dodatku posiada niewielu przyjaciół. Jego życie zmienia się diametralnie, gdy postanawia kupić system operacyjny. Nowa technologia ma za zadanie ułatwić  życie człowieka. Mężczyzna poznaje więc w ten sposób Samanthę, która od teraz nie tylko pomoże mu uporządkować dokumenty, ale także sprawi, że między nimi narodzi się niezwykła więź.



Zacznę od początku, czyli od tego co najbardziej nie podoba mi się w filmie. Owszem, powstają coraz nowocześniejsze technologie, mające usprawnić nasze codzienne funkcjonowanie. Jednak wizja odnajdywania w nich prawdziwej miłości (takiej z wzajemnością, bo każdy może sobie kochać dowolny sprzęt, tylko co z tego?) jest irracjonalna, nierealna, nierzeczywista. Jesteśmy ludźmi i możemy coraz bardziej ułatwiać sobie egzystencję elektronicznymi gadżetami, jednak to nie zmieni faktu, że jedną z najważniejszych potrzeb człowieka będzie można w przyszłości zaspokoić rozmową z systemem operacyjnym. Nieważne jak bardzo magnetyzujący i uwodzicielski głos miałby taki system, to nadal jest technologia. Niezwykle przerażający wydał mi się brak zaskoczenia na twarzy Amy, gdy Theodore oznajmił jej kim jest jego nowa miłość. Chodzi o sam fakt akceptacji takiego negatywnego zjawiska. Przez to film jest jedną wielką bajką, w którą bardzo ciężko choć w małym stopniu uwierzyć. A ja niestety nie przepadam za sci-fi.



Jeżeli więc mamy do czynienia z bajką, w której technologia pomaga odnaleźć się w świecie warto wspomnieć o tym, co zostało bardzo dobrze przedstawione. Temat samotności został poruszony bardzo dokładnie, w dodatku powszechne zagubienie się ludzi w świecie i we własnym życiu to także główne problemy towarzyszące bohaterom. Niezrozumienie otaczającej rzeczywistości prowadzi do prób jej uproszczenia. To przykre, ale prawdziwe wnioski płynące z obrazu Spike’a Jonze’a. Scenariusz ze względu na dialogi to jedna z mocnych stron produkcji, gdyż rozmowy Theodore’a z Samanthą wciągają. Choć niestety momentami mi się dłużyło, to w ogólnym rozrachunku ich wypowiedzi są niezwykłe. Do pozytywnych aspektów filmu należy również zachwycająca muzyka. Phoenix od czasu „Mistrza” robi na mnie coraz większe wrażenie, szczególnie że „Her” tworzy przede wszystkim jego rola. Po raz kolejny zawiodłam się na Amy Adams, która utrwala mnie w kwestionowaniu jej umiejętności aktorskich.


„Ona” mimo całej swojej nierealności jest filmem potrafiącym zaintrygować. Trzeba również przyznać, że skłania do refleksji nad tym, do czego i dokąd ten świat zmierza. Szerząca się samotność i zagubienie są „efektami ubocznymi” rozwijającej się w szybkim tempie technologii. Kolejny z kandydatów do Oscara porusza właśnie te smutne aspekty ludzkiego życia.

Moja ocena: 6/10

2 komentarze:

  1. Mocno skupiasz się na aspekcie "technologii" w trakcie, gdy film unika jak może technikaliów. Ba, nawet unika pokazywania zaawansowaia technologicznego i wszystkiego, co z sci-fi jest tak mocno kojarzone. Świat wokół rozgrywa się w dalekim tle. Ten film w żadnym razie nie jest o technologii, jest raczej próbą podjęcia tematu istoty miłości i istoty bytu jako takiego. Zwróć uwagę na pracę, którą wykonuje główny bohater. To pisanie listów za kogoś, czyli tak naprawdę ubieranie w słowa czyichś domniemanych uczuć. I jest na to popyt w tak dalece zaawansowanym świecie. To także głos w sprawie.
    Nie wyobrażam sobie podjęcia dyskusji na ten temat bez ucieczki w stany nierzeczywiste. A te silnie tu nawiązują do naszego obecnego trendu do miłości korespondencyjnej, przez sms, przez email, przez telefon, skype. Także to też film o miłości na odległość, której nie sposób pokonać.
    Co ciekawe, mojej lubej także film spodobał się w stopniu umiarkowanym. Mam nadzieję, że i u niej powodem nie było silne uczulenie na sos sci-fi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko tytułowa "Her" to właśnie system operacyjny [czyt. technologia], bohaterzy korzystają z wielu nowoczesnych rozwiązań elektronicznych. Całkiem możliwe, że film stara się na nich nie skupiać, ale nie da się ich pominąć. Ba, nawet zajmują jego część. Bo technologie w pewnym stopniu tworzą ten film. Bez nich w fabuła filmu byłaby dość zwyczajna. Pokuszę się o stwierdzenie, że w takim wypadku produkcja nie miałaby sensu.
      Poza tym szerszy opis tematów emocjonalnych zawarty jest w 4 fragmencie tekstu.

      Usuń